No i zmarl moj promotor 2011-11-03 21:19:08

Jutro pogrzeb. A ja w koncu do niego nie zadzwonilam i nie powiedzialam mu, jak duzo udalo mi sie ostatnimi czasy osiagnac...

skomentuj (0)

o mamusiu... 2011-10-26 12:11:52

Musze zadzwonic do mojego promotora. I boje sie tak, ze zaraz mi przewod pokarmowy siadzie :-( Gosciu mi urwie glowe i do szyi napluje, pol roku sie u niego nie meldowalam :-( Jestem dead :-(((((((((

skomentuj (1)

Jak zwykle 2011-10-22 19:26:32

Az do bole chce sie krzyczec: pracuj, pracuj, pisz, no po prostu pisz. A tu niechciej olbrzymi, nie pomagaja zadne ksiazki czy inne materialy oferujace niby-pomoc w czasach niemocy i braku motywacji. Czas ucieka, szef coraz bardziej chory, a ja siedze przed komputerem i patrze sie w sciane. Z 5 dni przeznaczonych na pisanie wlasnie czwarty mija, wynik: dwie strony. W tym tempie ukoncze projekt na Gwiazdke. Roku 2020...

Wczoraj wyjazd na mecz Smokow, ponownie zwyciestwo, to juz chyba dziewiate z kolei. Wciaz cieszy, wciaz raduje, ale wczorajszy mecz jakis taki bez polotu... Smoki na czeli tabeli w kwalifikacjach, ich wczorajszy oponent wrecz przeciwnie, ostatnia pozycja, hala w polowie pusta, fani Rappi podlamani. Obok mnie siedzial starszy pan, na oko jakies 75 lat, podkrecony przebiegiem meczu komentowal wszystko na bierzaco, w sumie zapewnil mi przez to wrecz wieksza rozrywke niz wydarzenia na lodzie. Ciekawam czy ja w wieku 75 wciaz bede Smoki dopingowac ;-)

A pozniej powrot ciemna noca, Lars falszujacy Queen, Julia z zacieciem spiewajaca partie wspomagajacych chorkow, ja (chyba?) przysypiajaca na tylnim siedzeniu, bo jakos mi godzina drogi umknela. Teraz dwa tygodnie bez meczy na zywo, bo wszystko na wyjezdzie, czasu brak zeby sie wyrwac, a poza tym wyjazd do Berlina wkrotce. I znow wyklady, jeszcze trzy ostatnie tygodnie i koniec semestru. Egzaminy, poprawianie, walka z projektem i zaraz Gwiazdka, Nowy Rok, a od stycznia nowy semestr. Troche mnie przeraza jak uporzadkowane jest moje zycie. A z drugiej strony to zrodlo tego spokoju, ktory nosze w sobie od jakiegos czasu, juz nie lubie niespodzianek losu.

To moze by tak przeczytac dzisiaj jeszcze troche i napisac chociaz jedna strone...

skomentuj (0)

Pisze 2011-10-16 10:41:06

Czas ucieka (mam wrazenie, ze co druga moja notka wlasnie w ten sposob sie zaczyna ;-D). Powoli dochodze do siebie po tragediach i porazkach poprzedniego roku. Mama powoli nabiera sily i stara sie walczyc z wlasnymi demonami. Ja ze swoje strony nabieram dystansu i nie skacze juz pod sufit na dzwiek telefonu (glownie tez dlatego, ze komorka juz standardowo wyciszona i tylko wieczorem sprawdzam, czy ktos dzwonil lub pisal). Powoli wdrazam sie w pisanie i badania, musze ukonczyc projekt jak najszybciej, najlepiej na wczoraj. Promotor ciezko chory, w pracy mnie juz cisna, jezeli nie zloze pierwszej wersji do konca roku, to moge ja na polke odlozyc i cala sprawe odpisac.

A pisanie jak to u mnie ciezko idzie. Ciezko sie zabrac, ciezko w temacie pozostac, ciezko nie dac sie ksiazkom czy lodowce od pracy oderwac. Ale walcze. Dzis wlasnie jakos dziwnie, mam wrazenie, ze wszystko sie ulozy, ze napisze, dokoncze, obronie, uwolnie sie od tego ciezaru. Gdyby takie uczucia w butelke zapakowac i delektowac sie co rano porcja dobrego humoru i nadziei?

Co jeszcze? Na wadze zwyzki, zajme sie tym jak tylko sie z projektem uporam. W pracy same sukcesy, i ze strony kierownictwa czy kolegow, jak rowniez studentow. Studenci poprosili mnie o calostronicowy wpis w ich ksiedze pamiatkowej, musze dzisiaj przysiac i cos wykombinowac (znow pisanie! chyba nigdy sie od tego nie uwolnie!). I jeszcze jakby-wakacje z szefem, wielce udane, zero stresu, a Zakopane jesienia wrecz przepiekne.

Jestem szczesliwa! Zeby jeszcze ten projekt dokonczyc i pozbyc sie tego stresu z zycia... No to do roboty!

skomentuj (0)

Czas nie leci, czas zaiwania! 2011-03-08 15:15:44

Nawet nie zauwazylam kiedy przelecialo te kilka miesiecy. Najpierw poczatek semestru, konferencja, codzienne zycie, a jak juz myslalam, ze wszystko ulozone i totalnie pod kontrola, to mama sie rozchorowala i zycie stanelo na glowie. Pojechalam do polski na kilka miesiecy, zeby sie nia zajac i zorganizowac leczenie i opieke. Wrocilam do siebie w styczniu, prosto w objecia regularnej pracy, znow poczatek semestru, nowi studenci, nowe dwie ksiazki do wdrozenia, nowy program, nowe to, nowe siamto. 6 tygodni ciezkiej pracy, az w koncu organizm stwierdzil dosc, zbuntowal sie, przelaczyl na nizszy bieg, przyplatala sie jeszcze swinska grypa, mala depresja i ostatnie dwa tagodnie spedzilam kaszlac, kichajac i uzalajac sie nad soba w domowych pieleszach. Tudziez ogladajac Ugly Betty. No dobra, posprzatalam tez lazienke i posegregowalam zawartosc szafy na przedpokoju, zgodnie z nowa filozofia, ktorej chcialabym sie poddac - minimalizm (przynajmniej czesciowy, z pozbywaniem sie ksiazek pewnie nigdy sie nie oswoje...).

Na swiezo odkrytym zrodle informacji i inspiracji o minimalizmie http://minimalist-ka.blogspot.com przeczytalam wlasnie notke o dietach i ich szkodliwosci. Niby wiem to od wiekow, ale dobrze sobie cos takiego przypomniec. Przed sekunda prawie ze nieswiadomie zawedrowalam do kuchni i podjadlam troche nasion slonecznika. Teoretycznie nie szkodza, zawsze to lepiej niz czekolada (ktorej nie jem juz od 11 miesiecy i 1 dnia!), ale co mna wstrzasnelo to fakt, ze zjadlam je nie bedac glodna, po prostu z nudow i szczerze mowiac nawet zbytnio nie zarejestrowalam czynnosci uddania sie do kuchni, wytrzasniecia ziaren z torebki, pogryzienia ich, dopiero przy przelykaniu zdalam sobie sprawe co robie. Ilez kalorii laduje w moim zoladku wlasnie w ten sposob? Tysiace.

skomentuj (1)
Księga Gości